panorama

Kolporter RSS

Menu arrow O Bogorii arrow Bogoria -  zwyczaje wilkanocne

   Bogoryjskie zwyczaje.

 

         Tekst pochodzi z mojej ksiązki pt. "Bogoria - jest takie miejsce"

Zwyczaje związane z kapliczką.

 

         Pierwszy z nich rozpoczyna się nocą w Wielki Czwartek i związany jest z kapliczką i jej niezwykłym źródełkiem. Mieszkańcy Bogorii (zadziwiające jest, że do tego zwyczaju nie włączyli się mieszkańcy pobliskich miejscowości) w tę noc, niosąc (dawniej świece, a dziś również latarki) udają się całymi rodzinami do kapliczki. Najbardziej na ten dzień czekały zawsze dzieci. Według tradycji w kapliczce należało być jak najbliżej północy, gdyż wówczas woda z niej miała największą moc uzdrawiania. Po wejściu do wnętrza należało ucałować krucyfiks i nabrać wody z źródełka, którą już na zewnątrz obmywa się twarz, ręce i płucze usta i gardło, często również inne miejsca objęte chorobą. Ludzie zosta­wiają u stup ukrzyżowanego przyniesione zapalone lampki i świece. Wodę za­biera się również do domu dla tych członków rodziny, którzy sami nie mogli udać się do kapliczki. Tą wodą obmywają się oni już w Wielki Piątek rano. W okolicy kapliczki w oczekiwaniu na swoją kolej wejścia do wnętrza, ludzie śpie­wają pieśni wielkopostne i modłą się. Odbycie takiej nocnej pielgrzymi do ka­pliczki gwarantowało zdrowie na cały rok. Zwyczaj ten trwa do dziś.


Fot. Bogoryjska kapliczka.

Fot. Wnętrze kapliczki –zabytkowy krucyfiks.

Śpiewanie rozdziałów.

 

         Drugi zwyczaj dotyczy nocy z Soboty na Niedzielę Wielkanocną. Wówczas w kościele gromadzą się wierni by śpiewać „Rozdziały Męki Pańskiej”. Jest to rodzaj oficjum, w którym dwa zespoły śpiewaków przedstawiają opis męki Chrystusa. Teksty tych rozdziałów pisane były kiedyś ręcznie i przepisywane ręcznie z pokolenia na pokolenie. Największą kolekcję pisanych ksiąg rozdziałów posiada pan Stanisław Wiktorowski. Nie wiadomo, kto jest autorem i kiedy powstał tekst rozdziałów, jednak z uwagi na charakterystyczne staropolskie zwroty językowe można przypuszczać, że tekst może pochodzić z XVIII, a może nawet XVII wieku. Śpiewanie rozdziałów odbywa się z podziałem na dwie grupy śpiewających. Zgodnie z tradycją powinna to być grupa żeńska i męska, które na zmianę śpiewają przeznaczone dla poszczegól­nych grup teksty. Śpiew trwał dawniej przez całą noc, aż do Mszy Rezurekcyjnej.

Strzelanie wielkanocne.

 

         Następnym bogoryjskim zwyczajem jest wielkanocne strzelanie. Począt­ków tej tradycji należy zapewne szukać już z chwilą powstania miasta. Taka była wówczas moda i tradycja, aby „dawano ognia” dla podniesienia splendoru uroczystości. Pierwsze dostępne w źródłach pisanych wzmianki o strzelaniu w Bogorii, jak już wie­my, pochodzą z dwu relacji, gdzie czytany: „... w niedzielę 25 lipca 1728 roku... uro­czystość zakończyło Te Deum i salwy z dział” i „… A. D. 1746 r. ... ognia dawano z moździerzy gdzie się jeden roztrasnął...”. W okre­sie zaborów działa zapewne zostały zabrane i przetopione. Jednak w Bogorii dalej strzelano. Teraz używano po­siadanych pistoletów. Początkowo były to pro­dukowane przez manufaktury pistolety wojskowe. Z czasem jednak, z powodu naturalnego ich ubytku, produkcją zajęli się miejscowi rzemieślnicy, którzy je uprościli, ale i powiększyli średnicę lufy, aby huk strzału był większy. W takiej formie pistolety te przetrwały do współczesnych czasów, a strzelanie stało się tradycją.

         Jak każda tradycja kierowała się ona swoimi zasadami. Strzelcy w okresie przed Wielkanocną przygotowywali się zaopatrując w „pistolety”, czarny proch* (nazywany potocznie „saletrą”) oraz kapiszony. Wyrobem „pistoletów” nazywa­nych rów­nież „sztucerami” zajmowali się bogoryjscy kowale. Najlepsze sztuce­ry pochodziły z kuźni Michalskich (ojca i synów) oraz Lipińskiego i były w ca­łości kute (bez spawa­nia). W późniejszym okresie robiono również sztucery w warsztatach kolejowych, te jednak nieco różniły się od kutych. Pistolety kute miały lufy sześciokątne, robione zaś na tokarkach, w bogoryjskiej parowozowni lufy miły okrągłe (zdarzały się wpraw­dzie z lufami sześciokątnymi, ale były one rzadkością) i niektóre elementy spawane. Strzelcem zostawało się zazwyczaj z pokolenia na pokolenie, było to swoiste dziedzictwo. Wśród bogoryjskich rodów najwięcej strzelców dawały rody Snopków, Wiktorowskich, Rożków, Glibowskich, Brudków, a także Ciepielów, Górskich, Gawrońskich, Kosowiczów, Hyn­ków, Wiśniewskich i Patrzałków. Ponieważ w latach sześć­dzie­sią­tych i począt­kach siedemdziesiątych byłem jednym ze strzelców opiszę panujące wówczas zasady strzelania. W okresie całego roku, a szczególnie w Wielkim Tygodniu był zakaz strzelania. Bywały oczywiście odstępstwa, bo trzeba było wypróbować nowy pistolet, czy zrobioną „saletrę”. Przepis jej robienia przekazywany był z pokolenia na pokolenie. Do zrobienia dobrego prochu potrzebne były trzy składniki: węgiel drzewny, siarka i saletra potasowa (azotan potasu).

Strzelanie można było, rozpocząć równo o północy z Wielkiej Soboty na Wielką Niedzielę. Oddawało się wówczas pod kościołem jedną salwę (3 strzały) obwieszczającą Zmartwychwstanie Chrystusa. Następne strzelania odbywały się już na rezurekcji i innych mszach wielkanoc­nych. Strzelcy zajmowali wokół ko­ścioła miejsca, gdzie musiał być stosownej wiel­kości kamień, na którym „ubija­ło się” przy pomocy tzw. „stempla” wsypany do lufy czarny proch i przybitkę z papieru nazywaną „flejtuchem”. W czasie tej czynności obowiązywało zacho­wanie zasad bezpieczeństwa, które nowym przekazywali starsi i doświadczeni strzelcy. Dotyczyło to odpowiedniego trzymania pistoletu, aby kciuk o nic nie zaczepiał i nie blokował wysunięcia się pistoletu w przypadku tzw. „zatarcia” - tj. zapłonu prochu na skutek tarcia stempla o lufę, co następowało przy włożeniu małej ilości przy­bitki lub jej złego rozłożenia się w lufie. Następnie zwracano uwagę, aby głowa, czy inny strzelec nie był na linii pistoletu w chwili ubijania, oraz aby pod „półkurs**” na „brandce***” położyć izolujący je wzajemnie podkład z papieru. Należało również puszczać stempel w chwili, gdy on uderzał o kamień.

         Po nabiciu pistoletu strzelcy zajmowali miejsca tak, aby czasie procesji nie spowodować postrzelenia biorących w niej udział wiernych. Natomiast w trakcie mszy tak, aby wzajemnie sobie nie zagrażać, lub zajmowali miejsca wy­znaczone przez kierującego strzelaniem. Bywały lata, że ilość strzelców była tak duża, że trudno było wszystkich jednocześnie rozstawić wokół kościoła. Na każ­de strzelanie wyznaczano kierującego strzelaniem, którym był z zasady najstar­szy i zasłużony strzelec. W czasie, gdy ja strzelałem stanowisko to (z tych, co pamiętam) obejmowali panowie: Paweł Ciepiela, Brudek Feliks, Brudek Stani­sław, Snopek Paweł lub Józef, Wiktorowski Feliks, Rożek Piotr i Rożek Adam. Zadaniem kierującego było rozstawienie strzelców, a potem dawanie im znaku, kiedy mają strzelać. Kierujący zazwyczaj był przy wejściu do kościoła, w miej­scu, z którego dobrze widział księdza, ale i sam był widziany przez strzelców. Salwy oddawane były w czasie procesji, a potem na wszystkie główne części mszy po otrzymaniu znaku od kierującego strzelaniem (było to machnięcie ręką lub chusteczką). Najważniejsze było strzelanie na rezurekcji i sumie, choć do­puszczano możliwość strzelania również na innych mszach i nieszporach. Do­puszczone było również strzelanie w drugi dzień świąt. Choć tu ilość strzelców zawsze drastycznie się zmniejszała, bo w tym dniu zgodnie ze zwyczajem szli oni na ''lejek” (śmigus-dyngus). Ambicją strzelca było iść do jednego lub więcej wybranych domów (zazwyczaj z młodymi dziewczynami) i tam strzelić tak, aby szyby dzwoniły lub wyleciały, a następnie oblać domowników. Do oblewania zgodnie z tradycją używano wody kwiatowej lub kolońskiej (tak przynajmniej było w latach, które pamiętam). Po takim ceremoniale strzelca należało ugo­ścić, nie żałując wybitych szyb oraz jedzenia i trunków. Panny w domach, do których nikt nie przyszedł uważane były ogólnie za mało atrakcyjne i nie miały wzięcia, a dom, w którym nie przyjęto lub mało gościnnie przyjęto strzelca w następnych latach był pomijany. Była więc wśród strzelców swoista giełda, na której wymieniano informacje, kto i jak przyjmuje. Były więc domy oblegane przez strzelców i takie, do których nikt nie chodził.

         Zakończenie strzelania odbywało się w drugi dzień świąt po nieszporach. Wówczas strzelcy w dwu szpalerach ustawiali się przy drodze z kościoła do ple­banii. Gdy ksiądz wychodził z kościoła oddawano strzały. Było wielu probosz­czów w Bo­gorii, którzy do tradycji strzelania odnosili się niechętnie, a tej ostat­niej części wręcz się bali. Sam nigdy nie doświadczyłem, ale opowiadano w strzeleckim gronie, że w latach wcześniejszych, po zakończeniu strzelania ksiądz podejmował strzelców po­częstunkiem. W moich czasach strzelcy sami organizowali zakończenie strzelania wyjściem do Buczyny na tzw. „Emaus” . W małych grupkach, zazwyczaj koleżeńskich i rówieśniczych szliśmy do Buczyny zabierając z domu jakieś jedzenie i „coś mocniejszego”. Tam opowiadaliśmy o przygodach, jakie sprawiała broń, o wypadkach przy strzelaniu (o ile takie były), no i oczywiście każdy wychwalał swój pistolet, który obowiązkowo był najgło­śniejszy i niezawodny. Już wówczas umawialiśmy się na przyszłoroczne strzelanie, na zakup pistoletu itp. Obowiązkiem strzelca było pozostawienie po świętach prochu i kapiszonów niezbędnych na oddanie kilku strzałów. Miały być one użyte tylko na oddanie salwy honorowej w czasie ewentualnego pogrze-bu któregoś ze strzelców.

         Tradycja ta utrzymywała się w Bogorii dość długo w niezmiennej od lat for­mie. Strzelano pomimo ścigania przez milicję, pomimo kłopotów z zakupem surow­ców do wyrobu prochu i kapiszonów oraz licznymi wypadkami, jakie się od czasu do czasu zdarzały. Z powodu strzelania Bogorianie byli przez złośli­wych ludzi z innych miejscowości nazywani „Jackami łubudu”, co robią ”na Sanktus – łubudu, na podniesienie - łubudu, na Ba­ranek Boży – łubudu” (tak też pisały o Bogorii gazety wyszy­dzając ten zwyczaj).

         Upadek tej pięknej tradycji strzelania z pistoletów zaczął się już w latach siedemdziesiątych XX wieku. Trudno dziś znaleźć choćby jeden sprawny pisto­let, gdyż wywiezione zostały z Bogorii przez zbieraczy staroci, bądź uległy uszkodzeniu. Wszystkie przyczyny zaniku tej tradycji trudno ustalić. Może to brak kuźni i warsztatów, gdzie można było zrobić pistolet, może strach przed konsekwencjami w przypadku przyłapania przez milicję, szczególnie w okresie stanu wojennego, a może spowodował to stosunkowo łatwy w tym czasie dostęp do granatów hukowych i petard. Wprawdzie w Bogorii nikt już nie strzela z „sztucerów”, ale tradycja strzelania na rezurekcji pozostała. Obecnie do strzela­nia używa się petard. Jak długo przetrwa strzelanie, trudno dziś ocenić. Faktem jest, że z roku na rok jest ono mniejsze, a strzelają wciąż ci sami, starsi wiekiem. Trudno nie myśleć o tym, iż kiedy ich braknie na rezurekcji będzie cicho.

Oto, z czego niegdyś strzelano:


Fot. Mój pistolet, niestety już uszkodzony.

Bębnienie.

 

         W Bogoryjskim kościele, jak już pisałem są dwa kotły nazywane gwaro­wo „ta­rabanami” lub według innych „barabanami”. Według miejscowej tradycji używane są one do podkreślenia splendoru ważnych wydarzeń liturgicznych. Podobnie jak inne zwyczaje, bębnienie było przywilejem pewnych rodów bogo­ryjskich. W mojej, pamię­ci (choć wszystkich zapewne nie pamiętam) bębnienie kojarzy się z Marianem, Alek­sandrem, Pawłem i Józefem Snopkiem, Mieczysła­wem i Marianem Ciepielą, Felik­sem i Stanisławem Wiktorowskim, Adamem, Bogdanem i Ignacym Rożkiem, Józefem Baranem, Kazimierzem i Józefem Mi­chalskim, Sewerynem Brockim, Stanisławem i Feliksem Brudkiem, Zygmun­tem Kapustą, Feliksem Drzewieckim oraz Ryszardem Górskim. Według tradycji bębnienie było powinnością bogoryjskich rodowitych mieszkańców, natomiast noszenie kotłów należało do gospodarzy z okolicznych wsi. Dziś już umiejących bębnić zgod­nie z tradycją jest niewielu. Miejmy nadzieję, że młodzi zaczną uczyć się tej sztuki i ten nasz bogoryjski zwyczaj przetrwa do następnych poko­leń.

         W ciągu roku głos naszych kotłów można jeszcze słyszeć w każdą nie­dzielę i święto podczas mszy św. w czasie podnoszenia i opuszczania zasuwy cudownego obrazu Matki Boskiej Pocieszenia oraz Podniesienia lub błogosła­wieństwa Przenaj­świętszym Sakramentem. W dawnych latach, gdy odprawiano mszę po łacinie używa­no kotłów również na „Baranek Boży”. W trakcie roku liturgicznego kotły używane są podczas procesji wielkanocnych, odpustowych i na Boże Ciało.

         W pamięci mam również dawny (dziś zapomniany) zwyczaj chodzenia po uli­cach Bogorii z bębnami w noc z Wielkiej Soboty na Niedzielę Wielkanocną. Obchód zaczynał się po północy, gdy pod kościołem oddano salwę ze sztucerów i odbębniono trzykrotnie. Następnie zespoły składające się zazwyczaj z co naj­mniej 3 mężczyzn (zazwyczaj było więcej - 2 do noszenia i 2 na zmianę do bęb­nienia) obchodzili główne ulice obwiesz­czając bębnieniem radosny czas Zmar­twychwstania. Przystawali pod poszczególnymi domami, gdzie przyjmowano ich poczęstunkiem.

W tradycji bogoryjskiej był też szczególny przywilej zachowany tylko dla bęb­niących polegający na uświetnianiu ich pogrzebów specjalnym bębnieniem w czasie wy­prowadzania i prowadzenia do kościoła trumny oraz jej spuszczania do grobu.

Bogoryjskie kotły słynne są w całej diecezji sandomierskiej. Uświetniały one w San­domierzu obchody milenijne w 1966 r., podczas których odbywała się rów­nież pere­grynacja kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej (kopia była wówczas zatrzyma­na przez komunistyczne władze, a po Polsce wędrowały same ramy obrazu).

 

Fot. Bogoryjskie kotły.

 



*     jest to mieszanina saletry potasowej, siarki i węgla drzewnego, sposób  robienia opisałem w książce „Bogoria – jest takie miejsce”

**     półkurs - ruchoma część pistoletu, która uderzała w kapiszon przy strzelaniu ze spustu lub w którą uderzało się stemplem przy strzelaniu z pobiciem

***   brandka – znajdujące się na lufie urządzenie na które zakładało się kapiszon inaczej nazywane  kominkiem,

 
Free Joomla Templates by JoomlaShine.com